007 paraZIMAnoje
była 6.00, sypało jak zawsze, mróz okradał banki i gwałcił bezbronne kobiety
była 7.00, przestawało sypać, jednak śnieg łamał nogi przechodniom wychodzącym po świeże bułki
była 8.30, zza chmur wyszło słońce, przez chwilę sielanka rozpływała się na ośnieżonych trawnikach
była 8.47, ciepło rosło, autobus się spóźniał, ludzie umierali, mimo, że było coraz cieplej
była 9.30, wiatr przeganiał martwe ciała z asfaltu, aby robotnicy mogli na czas dojechać na budowę
była 11.15, nazbierało się chmur, wszyscy tarzaliśmy się w błocie pośniegowym, piasku i soli
była 12.30, z lotniska wyleciał grad, terroryzował ulice naszego miasta, aż ujęła go policja
była 13.48, spadał na nas deszcz, pomagał robić obiad matkom-polkom i paniom w zakładowych stołówkach
była 15.00, ciszę poobiednią przerwało orędzie mrozu do narodu, słuchaliśmy z pełnymi gaciami
była 16.10, ciemność okradała nasze mieszkania, baliśmy się troszeczkę
była 16.15, okazało się, że jesteśmy uratowani. wciąż trwała niekończąca się historia
była 18.00, śnieg zjadał obiadokolacje, która pochłonęła nasze świąteczne oszczędności
była 19.00, grad uciekł z więzienia i postanowił odwiedzić moją rodzinę pustosząc przy tym okoliczne kontynenty
była 21.00, przeżyliśmy to- przeżyjemy już wszytko, mgła zatykała wszytkie dziury świata
była 22.13, ciąglę nie mogliśmy spać, dusiliśmy się zimnym powietrzem
była 23.56, zamarzały kołdry, mróz spał z moją siostrą, dyszeli głośno, trzeszczał materac na sprężynach
była 2.32, mówią, że zasnęłam; nie wiem, nie pamiętam
3 Comments
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]