010 przerwa /po edycji/
Godzina 13. Przerwa na lunch. Milkną maszyny do szycia. Wszyscy oddychają swobodnie. Można wyjść z hali i spowrotem, chociaż na chwilę poczuć się człowiekiem.Wyszliśmy na papierosa, chociaż nie palę. Ona z obgryzionymi paznokciami, ja w dziurawych butach. Mamy sobie dużo do powiedzenia. Siadamy między kartonami koło śmietnika. Będziemy rozmawiać. Albo nie. Śmierdzi. Przeniesiemy się na dach.
Idziemy krętymi schodami. Na odrapanych ścianach widać nieudolne grafiti. Idziemy. Kręci mi się w głowie. Kac albo migrena. Ale raczej kac. Ona zahaczyła swetrem o gwóźdź, a to na mnie mówią ciota. Wełna wyciąga się ze splotu powoli jakby wydostawała się z więzienia. Oplata gwóźdź upiekuńczo, kruczowo się go trzyma. Ona nie zauważa. Jak zawsze. Idzie dalej. Za nią ja. Wełna pozostawia ślad naszej obecności. Nie wiem, czy się cieszę, czy nie. Każdy może nas znaleźć, gdy tylko pójdzie jej tropem. Ale nikt nie jest na tyle odważnym albo tak głupim, aby nas szukać. Dzieci przecież z tego nie będzie.
Schody robią się coraz węższe i coraz bardziej kręte. Tracę przyczepność i równowagę. Grafitti ze ścian jest coraz bliżej. Osiada na naszej skórze, potem coraz głębiej i głębiej wsiąka w ciało jak w gąbkę. Niestrawność po taniej farbie w spray’u. Nabieramy kolorów. Jednak nieustannie ciągnie się się za nami wełna ze swetra. Zastanawiam się, czemu jej nie ubywa. Oplatam węłnę wokół rąk, żeby się nie zgubić. Nie chcę robić kłopotu. Ona nie odwraca się. Raz tylko spogląda na moje dziurawe buty. Wstyd. Czuję się jak dziwka. Zostawiam buty na schodach- nie są mi już potrzebne. Nie wiem, czy to migrena, kac, czy zmęczenie, ale pod stopami czuje raz miękki piasek, raz ciepłą wodę, raz zimne kawałki szkła. Ona otwiera wszystkie drzwi. Ja przechodzę i zamykam. Raz w życiu jestem do czegoś potrzebny. Wełna wciąż się ciągnie. Muszę uważać, żeby się nie potknąć, bo mówią na mnie ciota. A to ona ma dziure w swetrze. Coś się zaraz stanie. Niebo jest nisko, zwisa i się huśta. Jak dziecko. Ciąży nad naszymi głowami bliżej i bliżej. Drętwieją mi ręce i nogi. Idziemy dajej- trędowaci, ale lepsi. Huśtawka nie ma zabezpieczeń. Niebo z hukiem spada. Też jak dziecko. Nie czuję jego wagi. Pytam ją. Ona milczy. Jak zawsze.
Idziemy. Nad nami nie ma nic. W oddali nie widać dalszych stopni, jednak my wciąż idziemy. Nawet jakbym nie chciał już iść, nie mogę przestać- heroina. Ona jak zechce to się zatrzyma- papierosy. Ale idziemy.
Nagle dzwoni telefon. Ona odbiera i nie przestaje iść. Mówi coś o teatrze, kostiumie i karmie dla psa. Mam mózg w kolanach- zaraz coś się stanie. Próbuje patrzeć porozumiewawczo jednak mi nie wychodzi. Nie ostrzegę jej. Głos milknie. Wełniana nitka urywa się. Ona łapie mnie za rakę i zaczyna biec. Jesteśmy na zewnątrz świata. Nosimy go na sobie. Biegniemy. Pierwszy raz czuje jej uśmiech na sobie. Czy to orgazm?Robi mi się ciepło. Coraz cieplej. Gorąco. Unosimy się. Fala podniecenia rozbija nasze ciała. Uderza w nas ekscytacja. Rozpadamy się. I teraz nie wiem co się stanie, nie czuje jej, nie czuje ciała. I boje się coraz bardziej. Chce dzwonić pod 112 ale z pomocą przybywa on- punkt kulminacyjny. Biegniemy. Coraz szybciej. Czy to z zanieczyszczonego powietrza, czy z cholernego kaca brak mi tchu? Widać ciemność. Wolałbym światło, bo lubie amerykańskie kino. Ale nie. Ona wciąż przyspiesza. Przez chwilę myślę, kto tu zwariował. Nie nadążam. Jej ręka ode mnie ucieka. Zamykam oczy. ..
Teraz czuję tylko trzask. Okropny przeraźliwy trzask. Nie wiem jak można go czuć, ale właśnie to robię. Otwieram oczy.
Jesteśmy na dachu. Ona siada. Ja koło niej. I siedzimy i siedzimy. Nie wiem co czuje, ale pamiętam, że mieliśmy rozmawiać. Wszystko stoi. I ja też. Hibernacja.
Budzi mnie krzyk.
-O kurwa! Jaka jestem głupia! Nie wziełąm fajek z hali.
/po edycji/
2 Comments
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]