013 kołdra

Zasłoniłam żaluzje żeby poczuć się, jakkolwiek, ale się poczuć. Spojrzałam ostatni raz tego dnia przez brudne szyby okna. Pierwszy raz od kilku miesięcy postanowiłam, że zobaczę co jest nade mną, wysoko, nieosiągalne. Poczułam powiew niesprawiedliwości. Niebo uśmiechało się. Jak nigdy się nie uśmiecha, tak wtedy postanowiło mnie zaszczycić swoim cholernie szczęśliwym obliczem. Nie potrzebuję tego. Ale niech mu będzie. Kaloryfer emitował jakieś nieograniczone ciepło. Ciepło- piekło. Gapiłam się w ścianę, jakbym oczekiwała, że ta nagle zmieni kształt. Potrzebowałam czegoś miękkiego, puchatego i łagodnego. Siedziałam na łóżku w bieliźnie i ciepłych skarpetkach, które dostałam na mikołaja. Wszystko mi się pogubiło. Mamo, gdzie ja mieszkam. Na jakiej ulicy, w jakim mieście? Muzyka wcale nie cichła, jakby specjalnie nie chciała dać mi usnąć tej nocy. A ja tak strasznie chciałam, tak strasznie chciałam spać. Raz czułam ogien i miotałam się po prześcieradle, raz chłód przytulałam z całej siły poduszkę. Raz płakałam raz śmiałam się bez opamiętania. I to nie był PMS. Chociaż wsumie, płakać- nie płakałam. Ale jakby na to nie spojrzeć to i tak nie był PMS.Nagle, po raz pierwszy tego pamiętnego wieczoru, który nawet nie pamiętam kiedy miał miejce, o ile wogóle kiedyś je miał, naszły mnie myśli realne. Bynajmniej teoretycznie.

Wszystko będzie dobrze. Tylko niech ta kołdra tak na mnie nie ciąży.


About this entry